Kozowozem przez USA (3): Yellowstone

Montana i Południowa Dakota. To zdecydowanie jeden z moich ulubionych amerykańskich krajobrazów: doskonała równowaga bujnego rozciągającego się gdzie okiem sięgnąć zielonego na dole, bezkresnego niebieskiego na górze i optymalnej temperatury. Tym większe wrażenie w tym trawiastym i względnie płaskim (zanim wjedziemy w góry, o czym za chwilę) krajobrazie sprawiają powtykane co chwilę obok drogi monumentalne obiekty przemysłowe – fabryki, rafinerie, silosy stojące sobie od tak śród fali łąk szumiących, a gdzie indziej ogromne stada krów i koni. Tutaj potwierdza się też ostatecznie słuszność pomysłu, żeby zrezygnować z jazdy autostradami. Pozwoliło mi to na przykład zobaczyć widoczki przypominające słynną tapetę z Windowsa XP.

Zamierzam dostać się do parku Yellowstone, ale zamiast zatrzymać się w największym mieście Montany, czyli Billings (miejsce urodzenia Charlesa Lindbergha, pierwszego lotnika w historii, który pokonał solo trasę przez Atlantyk), jadę kawałek dalej do Roberts, gdzie znajduje się Lost Village Road House Saloon. Tutaj czeka mnie najbardziej amerykańskie ze śniadań, czyli talerz smażonych mięsno-jajeczno-ziemniaczanych przysmaków i niekończący się strumień kawy z przelewu. Would you like a refill, hon?

Do parku Yellowstone prowadzi pięć głównych dróg: południowa, zachodnia, północna i północno-wschodnia – ze wszystkich rekomenduję właśnie tę ostatnią, prowadzącą przez kawalątek stanu Wyoming. Wybrana przeze mnie trasa oprócz rozkoszy kulinarnych ma jeszcze i tę zaletę, że wjeżdża się nią bardzo wysoko, co gwarantuje zapierające dech w piersiach widoki, łącznie ze śniegiem w lipcu. Prowadzi do parku przez malownicze góry, do których bramą jest do bólu uturystyczniona mieścina Red Lodge (taki yellowstoński odpowiednik Karpacza).  

Do samego parku wjeżdża się przez punkty kontrolne. Tak, dokładnie, wjeżdża się, i to czasami stojąc w korku. Cały park jest obliczony na amerykańskie podejście do roli transportu samochodowego i ogromnie zabawną rzeczą wydało mi się to, że podróżuje się po nim jak po wielkim rondzie – a droga na nim, co jeszcze śmieszniejsze, nazywa się Grand Loop Road. Rondo spina najważniejsze, najbardziej znane punkty na mapie Yellowstone, po których pielgrzymuje się wedle uznania. Oczywiście w parku są też stacje benzynowe, na których kierowcy zaopatrują się w konieczne galony. Można zatem zrobić sobie szybki rekonesans w parkowych landszaftach, ale oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zatrzymać się na którymś z rozsianych na ringu parkingów i udać się na wycieczkę w Góry Skaliste.

Oprócz tego, że mamy udogodnienia dla automobilków, oczywiście pierwszeństwo ma tutaj dzika przyroda. O tym, że można natknąć się na niedźwiedzie, informują liczne znaki, na których znajdują się też instrukcje, co zrobić w razie spotkania z rozsierdzoną fauną (w parku można kupić odstraszacze chemiczne i dźwiękowe). Największym zaskoczeniem było dla mnie bliskie spotkanie z bawołami, które nic sobie nie robiąc z podróżnych, przebiegały przez drogę. Ale czy po latach mieszkania w Krakowie powinienem być zaskoczony? Wszak i u nas dziki nieraz radośnie gnają przez jezdnię na Ruczaju.

Gorrrące źródła w twojej okolicy

Wizyta w Yellowstone byłaby jednak niekompletna bez jednej rzecz – osławionych gejzerów i innych zjawisk geotermalnych. Najsłynniejsze z nich to gejzer Old Faithful, traktowany jako część narodowej tożsamości, pierwszy z gejzerów, który otrzymał własne imię. Jego wyjątkową cechą, która jak ulał pasuje do uprzemysłowionej turystyki parkowej Amerykanów, jest precyzyjna regularność – Old Faithful wybucha dokładnie co 92 minuty. Dzięki temu miejsce, gdzie można go podziwiać, przypomina nieco organizacją dworzec autobusowy: kolejne grupy wycieczkowe podjeżdżają, turyści zalegają w poczekalni i sprawdzają, kiedy będzie miał miejsce następny wybuch, w odpowiednim czasie podnoszą się i po obejrzeniu naturalnego widowiska jadą dalej. Atmosfera tego miejsca przypomina z kolei Great Northern Hotel, czyli drewniany, klimatyczny hotel z serialu „Twin Peaks”. Uważajcie na niedźwiedzia w korytarzu!

Jakim cudem nie zrobiłem żadnego zdjęcia Old Faithful, ale ponieważ gejzerów w Yellowstone oczywiście brakuje, zachowało się kilka ujęć i nagrań innych atrakcji. Zajrzałem m.in. do Steamboat Geyser, który jest najwyżej strzelającym wodą aktywnym gejzerem na świecie (jak można przeczytać na stronie Wikipedii). Nie dzieje się to tak przewidywalnie jak w przypadku Old Faithful i najczęściej z gejzera wydobywa się „tylko” efektowny słup pary.

Miejscem, które warto zobaczyć, są też na pewno Mammoth Hot Springs – gorące źródła z solnymi schodami, po których można spacerować i wdychać zdrowe (mam nadzieję) powietrze.

Obejrzawszy wszystkie te cuda, poszwędałem się jeszcze po parku i pojechałem w dalszą drogę. Definitywnie zostawiłem za sobą umiarkowane klimaty i rześkość Montany.

Go West!

Archiwum

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted